Co w sercu, to na dłoni?
Wielką przyjemność sprawiają mi polemiki z moim redakcyjnym kolegą, bo nasze poglądy w wielu kwestiach są idealnie odwrotne (z wyjątkiem Szwejka), więc bywa gorąco, ale nigdy nie nudno.
W ostatnim wpisie pojeździł sobie Jacek po episkopacie - że ten konferuje na temat seksu bez sensu, a ściślej mówiąc bez seksu, bo nie zapytał o zdanie seksuologa. A żyjemy przecież w czasach, w którym opinie uczonych (skądinąd często skrajnie odmienne) awansowały do rangi katechizmu. Więc bez gadającej głowy naukowca – ani rusz.
Z tego założenia wyszły między innymi władze Estremadury, autonomicznego okręgu w Hiszpanii, które młodzieży od 14 roku życia zaserwowały kampanię El placer está en tus manos (Przyjemność leży w twoich rękach).

Młodzież ma uczyć się technik masturbacji i użycia erotycznych gadżetów. Z funduszy unijnych pozyskano na tę akcję 14 tysięcy euro. Takich programów edukacji seksualnej jest w ofercie edukacyjnej wielu państw sporo. Pierwszy z brzegu:
Przypuszczam, że właśnie tego “technicyzowania” seksu obawiają się członkowie episkopatu.
Czy rozmowa o seksie bez podręcznika seksuologii ma sens? Z chrześcijańskiego punktu widzenia odpowiedź jest oczywista – tak.
W końcu podstawy etyki dotyczącej zachowań seksualnych powstały w czasach, w których nikomu o seksuologii się nie śniło. A są to zasady nie kwestionowane przez ogromną większość z nas bez względu na światopogląd: miłość, wierność, monogamiczność, zrozumienie, traktowanie partnera jako podmiot, a nie przedmiot.
W tych terminach można streścić nauczanie Chrystusa w sprawie seksualności. Twarda to mowa, nie pozostawiająca miejsca na “ale”.
Wiara jednak póki co nie jest obowiązkiem obywatela RP (i słusznie!!!), więc jeśli się ktoś z tą nauka nie zgadza, może czerpać całymi łychami z wszelakich programów edukacji seksualnej dostępnych na wyciągnięcie ręki. Niedorzecznym jest dla mnie pogląd, że kompletny pakiet wiedzy o życiu dziecko powinno wynosić ze szkoły.
Na koniec – trochę wiary w siłę ludzkiego charakteru, Jacku. Przez wieki czekanie z seksem do ślubu była normą obyczajową i – jak widać wokół – ludzkość nie wymarła.
Mam szacunek dla młodych ludzi (a znam ich wielu), którzy postulat ten zrealizowali. W Stanach Zjednoczonych młodzież zaangażowaną w ruch promujący wstrzemięźliwość przed ślubem można liczyć w setkach tysięcy, a liczba ta stale rośnie.
Owszem, media na wyścigi czynią sobie z nich pożywkę do kpin. Bo tolerancja medialna działa tylko w jedną stronę.
Chwila odpoczynku – chłopak z gitarą:
Jest jeszcze jeden powód, dla którego trudno nam się porozumieć. Ale o nim kolejnym razem.




19 listopad 2009 (Czwartek), godz. 14:21
Adasiu,
wybacz ten familiarny – a raczej ojcowski ;)- ton, ale rozbroiła mnie Twoja z góry przyjęta i kłamczuszkowata teza, na której oparłeś swoje dalsze wywody. Moja wspaniała małżonka mawia w takich razach, że “kręcę jak każdy dziennikarz”, a mi chodzi tylko o wańkowiczowskie (z należną proporcją) ubarwienie opowieści. Otóż w moim wpisie w blogu NIE MA ANI SŁOWA ubolewania, iż Episkopat nie zaprosił na swe obrady seksuologa. (Skądinąd wcale by to nie zaszkodziło, ale gospodarz ma prawo zapraszać kogo chce).Starałem się jedynie zakwestionować brawurową tezę Kościoła katolickiego (i nie tylko), wedle której przedmałżeńska abstynencja seksualna jest kluczowym, jeśli nie jedynym, sposobem na problemyy z seksualnością młodzieży. I że daje ona “zdrowie oraz wolność”…
Nic dziwnego, że udzieliła się Tobie atmosfera obrad Episkopatu, skoro piszesz, że rozmowa o seksie bez podręcznika seksuologii z oczywistych względów ma sens. O ironio – zgadzam się z Tobą całkowicie. Natomiast jako człek mający często idealnie odwrotne (na litość – serio!?) poglądy od Twoich powiadam:
ROZMOWA O SEKSIE (TAK JAK SAM SEKS) BEZ WIEDZY O SEKSIE “MOŻE BYĆ PRZYCZYNĄ WIELU BARDZO GROŹNYCH CHORÓB”(wyjąwszy sytuację, w której jedynym źródłem tej wiedzy jest ksiądz lub katecheta;)
Na resztę obrad zapraszam do Szwejkopedii – oto już słyszę chichot feldkurata Otto Katza :D
19 listopad 2009 (Czwartek), godz. 19:31
Ton, zważywszy na podległość służbową, akceptuję :)
Rzeczywiście, podejmując polemikę z Tobą, za jednym zamachem rozprawiłem się z tekstem w Wyborczej, która jest źródłem tych rewelacji.
Nie zmienia to faktu, że zasadniczą tezę Twoich wywodów uważam za niedorzeczną. A to dlatego, że tradycyjnie przyrządzasz koktajl z sacrum i profanum.
Otóż rolą Kościołów nie jest prowadzenie kursów z zakresu technik seksualnych (choć podobno niektórym zakonnikom wychodzi to nieźle), a nauczanie, co na temat seksu ma do powiedzenia Biblia. W tej kwestii chrześcijaństwo ma dla młodych ludzi jedną odpowiedź, bo innej mieć nie może – wstrzemięźliwość. W tym sensie porównanie rozważań o antykoncepcji do “małego strumyczka, który może rozsadzić tamę” wpisuje się w logikę tej postawy.
“Abstynencja seksualna jest kluczowym sposobem na problemy z seksualnością młodzieży” – owszem, ale tylko wtedy, gdy jest manifestacją wiary.
Nikt przecież nie wymaga jej od ateistów. A zatem – jaki problem?
22 listopad 2009 (Niedziela), godz. 12:59
Piszesz, że tolerancja medialna działa tylko w jedną stronę… Nooooo, czy ktoś w redakcji zakazywał Tobie kiedykolwiek pisania o dziewicach konsekrowanych lub o młodzieży promującej wstrzemięźliwość?! Swoją drogą – piszę to z pełną świadomością naszych stosunków ;) służbowych – oba tematy są świetne.
Więcej czytaj http://deptula.redblog.pomorska.pl/
23 listopad 2009 (Poniedziałek), godz. 0:55
Widze ze naprawdę fajna dyskusja powstała pomiędzy inteligentnymi ludźmi mającymi inne poglądy aż chce się czytać taką wymianę zdań a nie ciągłe wyzwiska dają Panowie przykład jak powinno się dyskutować na forach
23 listopad 2009 (Poniedziałek), godz. 21:57
Czytelniku,
dziękuję. W imieniu Jacka również.
I pozdrawiam
AW
23 listopad 2009 (Poniedziałek), godz. 21:59
J.D.
Dziewice konsekrowane to jednak nie moja parafia, więc sobie daruję :)