Kupujemy prezent dla naszej stolicy
Jedna informacja z mijającego tygodnia wyprowadziła mnie z równowagi. W Warszawie rozstrzygnięto projekt na nowe muzeum. Wygrała koncepcja minimalistyczna, co najczęściej oznacza – nudna jak flaki, niewyrafinowana i ekskluzywnie droga.

Obiekt za 90 milionów złotych ma być zawieszony nad Trasą Łazienkowską. Ot, minimalistyczne szaleństwo.
Krzyżówka z krzyżami
Nie potrafię sobie znaleźć miejsca w tej europejskiej połajance o krzyż. Z jednej strony Senyszyn, z drugiej Bender. Po środku krzyż. Molier by tego nie wymyślił.
![]()
Co w sercu, to na dłoni?
Wielką przyjemność sprawiają mi polemiki z moim redakcyjnym kolegą, bo nasze poglądy w wielu kwestiach są idealnie odwrotne (z wyjątkiem Szwejka), więc bywa gorąco, ale nigdy nie nudno.
W ostatnim wpisie pojeździł sobie Jacek po episkopacie - że ten konferuje na temat seksu bez sensu, a ściślej mówiąc bez seksu, bo nie zapytał o zdanie seksuologa. A żyjemy przecież w czasach, w którym opinie uczonych (skądinąd często skrajnie odmienne) awansowały do rangi katechizmu. Więc bez gadającej głowy naukowca – ani rusz.
Zobacz, zanim opryszczesz
Hasło “Monsanto” pewnie z niczym szczególnym Ci się nie kojarzy. Nic dziwnego, tej korporacji nie zależy na rozgłosie.
Aby jednak uzmysłowić sobie skalę zjawiska: dochód brutto Monsanto za ubiegły rok wyniósł 11,7 mld dolarów, podczas gdy Microsoft zaksięgował 19 milardów.
Chodzi więc o gigantycznego gracza, koncert rozdający karty w rolnictwie na niemal całym świecie. W Polsce rozpoznawanego za sprawą herbicydu Roundap, ale w wielu krajach kontrolującego rynek nasion i w bezwzględny sposób lobbującego na rzecz roślin modyfikowanych genetycznie.
Z francusko-niemieckiego filmu dokumentalnego na temat Monsanto wyłania się obraz monstrum regularnie obsadzającego kluczowe dla siebie stanowiska w amerykańskiej administracji, posługującego się kłamstwem, zatajającego wyniki badań, odpowiedzialnego za falę samobójstw rolników w Indiach.
Po kukurydzy, soi i bawełnie, Monsanto przymierza się do modyfikowania kolejnych gatunków roślin.
Ten film trzeba zobaczyć, zanim Monsanto wpuścisz Monasanto do swojej lodówki
W przerwie pomiędzy kolejnymi odcinkami, polecam najnowsze dzieło mojego redakcyjnego kolegi Łukasza Fijałkowskiego. “Gaude mater Polonia” w intrygującym wykonaniu, zrealizowane w Bydgoszczy:
PS. Podziękowania dla WB za zainteresowanie sprawą Monsanto!
Z Archiwum R. Ojciec Tadeusz sprowadza masonów, czyli jak nie zrobić dziurki
Dziś kolejna część historycznego nurzania. Rok 1992. W ojczyźnie powstaje pierwsza restauracja MacDonald’s, Leszek Moczulski (kto jeszcze pamięta to nazwisko?) rozszyfrowuje skrót PZPR jako “Płatni Zdrajcy Pachołki Moskwy”, świat obserwuje obrączkowe zaćmienie Słońca.
A masoni wyłączają ludziom prąd.
Słuchajcie na zdrowie. Będzie między innymi o tym, co jest do skopania, a także ciekawostka na temat jajek.
A dla chwili relaksu posłuchajcie muzyki Astora Piazzolli, który zmarł również w 1992 roku.
Z Archiwum R: jak o. Tadeusz stracił 300 marek
Był rok 1992. Rozpoczęła się wojna w Bośni, mudżahedini obalili komunistyczny rząd w Afganistanie. Tego roku zmarli Benny Hill i Alfred Szklarski, w Himalajach zgineła Wanda Rutkiewicz. Prezydentem Polski był Lech Wałęsa (ufff…), a premierem Jan Olszewski. W USA ślub się Barack Obama. Urodziła się Miley Cyrus.
Mieszkałem wówczas w toruńskim akademiku nr 1 przy ul. Mickiewicza (głębokie ukłony dla Pań Portierek za wyrozumiałość), gdy poprzez nadajniki w Toruniu i Bydgoszczy w eter zaczęło wypełzać Radio Maryja.
Bohater specjalnej troski
Nie bez złośliwej satysfakcji przyglądam się moralnemu kipiszowi, jaki spowodowało aresztowanie Romana Polańskiego. Tym bardziej, że sprawa wybuchła w 76 roku życia reżysera, czyli na tym etapie życia w którym szykowano już Polańskiemu spiżową statuę.
Każdy pretekst dla poukładania spraw najważniejszych jest dobry. Ale jak tu sobie to wszystko poukładać, gdy się dotąd umizgiwało do Szacownego Aresztanta, gdy się go z honorami przyjmowało na purpurowych dywanach, gdy mu się wręczało nagrody za „całokształt twórczości” albo za „szczególną wrażliwość”. Gdy się piało o zasługach i dokonaniach, o rozsławianiu imienia Polski/Francji na świecie.
Seweryn Blumsztajn z „Gazety Wyborczej” zagrał w odkryte karty:
„Wszyscy są równi wobec prawa, ale niektórym Pan Bóg dał niezwykły talent i wolę”
- rozpoczął wywód teologiczny. Co z tego wynika?

Seweryn Blumsztajn (Wikipedia)
„Tacy są równiejsi. Ludzie tak wybitni jak Roman Polański stanowią nasze dobro narodowe. Wszyscy się grzejemy w świetle ich dokonań. Chełpimy się nimi. Nie mamy też ich zbyt wielu. Ilu się w Polsce rodzi takich jak Polański? Nie dziwię się więc i nie oburzam, że dla polskiego rządu Polański to obywatel specjalnej troski”.
Takim obywatelom teologia Blumsztajna zapewnia specjalne traktowanie:
„Nie usprawiedliwiam tego, co zrobił Polański. Apeluję tylko o pokorę wobec wielkiego talentu. To dar, wobec którego jesteśmy bezradni w naszych sądach moralnych”.
Staram się pojąć Blumsztajna. Jego rozumowanie jest w końcu pochodną tego, co od dziesięcioleci kładzie się do głów młodzieży szkolnej.
To prawda, że Pan Poeta skakał z baby na babę. Ale przecież wielkim Poetą był.
To prawda, że Pan Malarz chlał na umór, w czasie gdy akurat się nie morfinizował, że na ostatniej ze swych licznych kochanek wymusił skrobankę, że życie zakończył przy pomocy żyletki. Takowoż był on wielkim sztuki Reformatorem.
Bohaterowie sprawy narodowej we francuskim burdelu (Wikipedia)
To prawda, że zgodził się Pan Przywódca na stworzenie obozów koncentracyjnych wzorowanych na Dachau. Ale był ci on państwa Odnowicielem.
Uczniu drog! Wódy nie chlej, narkotyków unikaj, żyj życiem rodzinnym, szanuj wolność, ojczyznę kochaj. A jak ci siły zbraknie, sięgnij do narodowej mitologii. Z dziadów bierz przykład.
Ale wróćmy do sprawy amerykańsko-polańskiej.

Roman P. (Wikipedia)
Ameryka to niesamowita różnorodność. Trudno zresztą mówić o jednej Ameryce. Jeśli kto się uprze, znajdzie Ameryke głupią, bezduszną i chciwą. Kto inny odszuka Amerykę wysmakowaną i wyprzedzającą świat.
Ja najbardziej lubię tę prostą, dla niektórych prostacką. Nieokrzesana, nie okazującą szacunku salonowym liturgiom, bezpardonowo nazywającą perłę perłą, a wieprza wieprzem.
Gdy Blumszajn rozkłada bezradnie ręce nad swoim efemerycznym systemem moralnym, ta Ameryka ma czelność nawet Blumsztajna mieć w nosie.
Ziemie z odzysku cz. 2
Historia nie jest dobrą nauczycielką życia. Nauczycielką jest cisza, która nastaje nawet po najgłośniejszych historiach.
Każdy czas ma swoje mity. W okresie mojego szczenięctwa powszechnie hołubionym mitem były ziemie “odwiecznie polskie”. Co ciekawe, mój dziadek dorastał, gdy plenił się mit ziem “odwiecznie germańskich”. Tych samych ziem zresztą.
Wcześnie nabrałem dystansu do politycznych mitologii i do dziś mdlą mnie odwołania do niej. Rozumiem oczywiście, że przerysowania to podstawowy elementy politycznego fachu, ale Bogu dziękuję, że nie muszę zarabiać na chleb w polityką.
Z dekady na dekadę coraz bliżej mi do ziemi jako takiej, bez przymiotników, za to z zapachem i kolorem i kształtem. To ponoć proces naturalny, zwykłe tam kursowanie pierwiastków w mózgu.
Więc w ramach tego procesu, udaje mi się czasem spędzać wolne chwile z rodziną na kawałku ziemi pośród lasów. Grunt tam lichy, jak to na porębie, i niemal przez cały rok suchy jak pieprz. Za to cisza błoga. Po gospodarstwie pozostały jedynie fundamentów skryte pod darnią. Te kamienie nie dały mi spokoju. Próbowałem nadać im sens, znaleźć wyjaśnienie.
I znalazłem.
Gospodarstwo należało do rodziny Damrau. Ludzie ci na początku ubiegłego wieku ściągnęli na Pomorze gdzieś z głębi Niemiec w ramach hakatowskiej akcji osiedleńczej. Dom postawili skromny, szachulcowy, do tego oborę, stodołę. Posadzili sad z rzadką odmiana śliwy, którą musieli przywieźć z daleka. Obok stanęło kilka identycznych chałup. Droga wysadzona lipami, przed domem kasztanowiec.
Miejscowi nie przechowali w pamięci żadnego grzechu rodziny Damrau, który wymagałby zapamiętania, za to kilka dobrych uczynków – owszem.
Gdy nadeszła druga wojna, jedynego syna zabrali Damrauom na front wschodni, gdzie zginął niebawem. Gdy przyszedł telegram, ojciec postradał zmysły, a krótko później umarł na serce.
Matka przeżyła, założyła czarną chustę, zamknęła się w domu.
Wyzwolenie przyszło do niej dwójką. Jeden wyższy, z biało-czerwoną opaską na ręce, drugi, garbaty, ciągnący karabin na sznurku. Ludzie pamiętają jak ci dwaj prowadzili Damrauową do lasu. I tyle ją ludzie widzieli.
Straszne? Wszystko wokół było straszne. Kilka kilometrów dalej Niemcy gnali drogą żydowskie kobiety spędzone z całej niemal Europy do podobozów Stutthofu. Te które nie wytrzymywały marszu, zabijali przy drodze. Miejscowi kładli zabite w rowach, przysypując płytką warstwą ziemi. Wiosną psy wygrzebywały zwłoki, niektórzy pamiętają kobiece głowy, które dzieci toczyły szosą.
W siedlisku Damraua, nowy gospodarz najpierw porąbał stodołę, później oborę. Gdy się wyprowadził, również dom nadawał się jedynie do rozbiórki. Starej Damrauowej nikt nie odnalazł. Żydówki dotąd leżą jeszcze zakopane po rowach.
Po gospodarstwie Damraua pozostała cisza przerywana “odwiecznym” śpiewem dzierzby i kumkaniem ropuch. No i kamienie, które przeszkadzają w kopaniu grządek.
A teraz kilka nowych zdjęć z sudeckiej eskapady. Ziemie odzyskane i stracone.
Chciałoby się powiedzieć “kamienie krzyczeć będą” , gdyby krzyk ten nie był zarezerwowany dla spraw poważniejszej wagi.



